Od rana wyrzucamy błoto z kanałów, takie idiotyczne prace bez sensu, a po południu haj lajf w światowym mieście. Pięknie i wielkomiejsko, to było COŚ całkiem innego niż Warszawa, pachniało tam Wielkim Światem, my chłopcy z polskiej prowincji czuliśmy ten powiew!
Od czasów Budapesztu wiedziałem jak wygląda prawdziwa metropolia i z wielkim szacunkiem podchodzę do CK Monarchii.
Tak przy okazji do centrum jeździło się dwoma autobusami i metrem, ale biletów na autobus nigdy się nie kupowało, bo nikt ich nie sprawdzał.
To tutaj po raz pierwszy zobaczyłem "na żywo" Rolls Royce'a, tutaj w normalnym sklepie można było kupić zachodnie dżinsy (Lee) i tutaj w byle jakim barze serwowali "Żywca", u nas wtedy nie do dostania. Wszystko pięknie błyszczało, metro chodziło bezbłędnie, secesja wylewała się z każdej kamienicy.
Jednak był jeden, ale za to wielki zgrzyt w tym CK mieście. Lenin Utca, taką nazwę nosiła jedna z główniejszych ulic miasta, a końcowy przystanek metra nazywał się Moszkwa Ter.
U nas w PRLu, aż tak ostentacyjnie sowietom w dupę nie włazili.
PS. Najpierw przez dwa albo trzy tygodnie był OHP, a potem dojechali Rodzice z Antkiem i dalej to już były zagraniczne wczasy rodzinne:-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz