Dzisiaj podali, że umarła Nina Andrycz. Nie znam jej wielu kreacji, ale jak dla mnie to osoba teatralnie przerysowana i wiecznie egzaltowana. Natomiast nie wiedziałem, że była tylko o rok młodsza od swego sławnego małżonka Józefa Cyrankiewicza. Jak pisali o niej, na wszystkie oficjalne przyjęcia zawsze wchodziła spóźniona, aby zaprezentować wpaniałe entree. Ciekawa i barwna postać polskiego aktorstwa, przede wszystkim czasów komuny. Jak dla mnie Andrycz przez całe swoje życie grała arystokratkę, ale najwspanialsze lata kariery przyszło jej "hrabiować" w latach najmniej do tego odpowiednich, bo w czasach komuny.
Poniżej bardzo ciekawy link o Cyrankiewiczu, ale jest tam też wiele "smaczków" o Andrycz, polecam.
piątek, 31 stycznia 2014
Nasze Inflanty
Czy zimna i autystyczna Szwecja (Skandynawia) ma szansę zawładnąć wielce nas kochających mieszakańców Litwy,czy innego mikro powstałego państwa. Czy Łotysze, Estończycy i inna mini społeczności to normalne narody, czy tylko plemiona, które należy przyporządkować w ramach większych struktur? Jak się mają do tego nasze Inflanty, oddajemy je bogatym Skandynawom,czy powinny wrócić do Macierzy? Oczywiście to drugie, ale za kilka lat, kiedy Polska będzie Hegemonem, a Szwecja parjasem? Głupio napisane, nie konieczne! Wszystkie małe i większe państewka skandynawii, to nacje bez przyszłości, zginą za chwilę zalani Koranem! Do tego ich poprawność polityczna na zewnątrz i okropny rasizm w środku zniszczy je dokumentnie, o pomoc prosić będą Polskę.
Jak można zdzierżyć krnąbrnych Litwinów, głupków od zawsze, nienawiść do Polski zapisali już w genach, przecież wszystko co dobre spłynęło na nich od nas, nie mają tej świadomości, dążą do Szwedów, popróbujcie tej słodyczy i tak skruszeni wrócicie pod skrzydła Orła! To samo jest z Ukrainą, nigdy państwem nie będącą, ale złością i zwierzęcą nienawiścią do Polski od czasów Chmielnickiego pałającą. Co będzie z Białorusią, chyba spokojnie odda się Koronie, tam tak wielkiej gorączki nie ma, a dążność Warszawie zakwitnie, ze zwykłej biedy.
PS. Oczywiście, moje wieszczenie potęgi, może póki co sprawić jedynie Cud Boski, bo gospodarczo coraz szybciej toniemy, ale to jest takie moje wróżenie z fusów, nie poparte żadną przesłanką, a jedynie wiarą w Opatrzność.
Jak można zdzierżyć krnąbrnych Litwinów, głupków od zawsze, nienawiść do Polski zapisali już w genach, przecież wszystko co dobre spłynęło na nich od nas, nie mają tej świadomości, dążą do Szwedów, popróbujcie tej słodyczy i tak skruszeni wrócicie pod skrzydła Orła! To samo jest z Ukrainą, nigdy państwem nie będącą, ale złością i zwierzęcą nienawiścią do Polski od czasów Chmielnickiego pałającą. Co będzie z Białorusią, chyba spokojnie odda się Koronie, tam tak wielkiej gorączki nie ma, a dążność Warszawie zakwitnie, ze zwykłej biedy.
PS. Oczywiście, moje wieszczenie potęgi, może póki co sprawić jedynie Cud Boski, bo gospodarczo coraz szybciej toniemy, ale to jest takie moje wróżenie z fusów, nie poparte żadną przesłanką, a jedynie wiarą w Opatrzność.
czwartek, 30 stycznia 2014
Moja gdyńska mantra
Pogoda za oknem nie rozpieszcza, spryskiwacze w autach zamarzają, wieczorami strach jeździć. Byłem wczoraj w Gdyni, po raz pierwszy od kilku miesięcy. Oprócz ładnego Parku Technologicznego w Redłowie i Centrum Handlowego Riviera, bez zmian. Spotkanie miałem w "centrum" przy dawnym kinie Gemini, a obecnie Multikinie na Skwerze Kościuszki. Muszę powiedzieć, że bryndza totalna, parę knajp, prawie żadnego już sklepu i tylko dziwnie dużo ludzi w kolejce do kina. Nie wiem, może jest to jedyne kino w mieście. Obok straszący w mroku monumentalny wieżowiec mieszkalny, architektonicznie pasujący do Gdyni jak kwiatek do kożucha. Nie mogę zdzierżyć tego przestrzennego barbarzyństwa, gdzie szukać winnych, pewno w Urzędzie Miasta, ale przecież nic to już nie zmieni, szkaradna wieża będzie stała tutaj wiecznie. Jednak żal duży pozostanie na zawsze.
Miasto Kanta( bardzo znanego "wiejskiego" filozofa) - 1993 - impresje
Do Królewca, zwanego z sowiecka Kaliningradem, jeździłem służbowo w 1992 i 1993 roku. Czasy tam wtedy były siermiężne, okręg przez dziesiątki lat pozostawał zamknięty i ściśle wojskowy, w granicach królował potężny port wojenny Bałtijsk, a i w samej stolicy Obwodu, większość stanowili wojskowi i okołowojskowi, oraz ich rodziny. Jednak wiatr zmian zawitał również na Inflanty, Jelcyn zarządził demokrację i biała plama na mapie Europy spojrzała ciekawskim okiem na ptice zagranice.
Do miasta Kanta, na potęgę zaczęli zjeżdżać stęsknieni swego miasta, staruszkowie z Niemiec. Tabuny geriatrycznych autobusów atakowały dzień i noc granice Obłasti. Co prawda z dawnej świetności miasta nie pozostało już nic, bo po wkroczeniu w 1945 r., hordy sowieckich azjatów, w mieście nie ostał sie kamień na kamieniu. Nawet pieknej urody Katedra z grobowcem Kanta, czerwieniała się od tej pory zdruzgotaną, ceglaną ruiną. Co prawda sam grób filozofa ocalał, ale dookoła panoszyły się ponure zgliszcza. W sowieckich czasach, obok ruin katedry, nad brzegami Pregoły, bolszewicy próbowali postawić antidotum na katedrę, czyli potężny dom partii, jednak opatrzność czuwała nad ruinami pobliskiej świątyni i monumentalne gmaszysko, choć wystrzeliło w górę, jednak nigdy nie ożyło, coś poszło nie tak i budynek pozostał na zawsze pusty, do końca strasząc swoim ogromem i martwymi oczodołami tysięcy okien. Miejscowi mówili, że to prawdziwy pomnik Sowieckiego Sojuza. W tamtym czasie szerokie ulice miasta zabudowane socjalistycznymi pudełkami prefabrykatowych domów, sprawiały mocno przygnębiające wrażenie, a wszystko wokoło było szaro bure i obrzydliwie obdarte. Na głównych arteriach drogowych zdarzały się dziury większe od naszych polskich. Niedaleko centrum, najsłynniejsza była wtedy, wielka otchłań drogowa, która zakryłaby z powodzeniem zaporożca wraz z dachem. Oczywiście wszyscy miejscowi kierowcy znali tę pułapkę i najspokojniej w świecie omijali ją szerokim łukiem. Gorzej było z przyjezdnymi, bo dziury jakoś nikt nie oznakował. Na głównym palacu miasta, stał, a jakże Lenin. Atrakcją postumentu był Wzwód Wodza! Przy odpowienio dobranym kącie patrzenia, postać Wielkiego Ulianowa i jego odstający kciuk, sprawiały wrażenie rewolucyjnego podniecenia Włodzimierza!
Miejskie sklepy, wielkie socjalistyczne, a w środku pusto, towaru niet i tylko smród hulał po półkach. Szczególnie nieprzyjemnie było w potężnie kubaturowch delikatesach rybnych, a było ich kilka. Jeszcze przed wejściem atakował klienta specyficzny zapach, rozkładających się ryb połączony z perfumą zepsutego mleka, takich perwersji zapachowych już więcej nigdzie nie doświadczyłem. W owych rybnych magazynach ludzie stali w długich ogonkach kupujac okropnie zasuszone ryby i mleko oraz wyroby mleczne.
Mam bardzo wyczulone powonienie, więc tam łatwo nie było, pewna bliżej nie określona "perfuma" atakował mnie prawie wszędzie. Długo nie mogłem dojść, co jest na rzeczy? Po jakimś czasie odkryłem! W całych Sowietach (nie tylko zresztą u nich, to samo jest w Bułgarii i np. w Grecji)instalacje sanitarne są projetowane według innej normy, ich rury kanalizacyjne mają mniejszą średnicę i w związku z tym bardzo łatwo się zapychają. Dlatego zużytego papieru toaletowego nie wolno wrzucać do muszli, ale do śmietnika obok! Proszę sobie teraz uzmysłowić, gorące lato, wszystkie okna pootwierane, a opróżnianie przepełnionych koszy odbywa się raz na dzień, albo jeszcze rzadziej! Zapachowa feria ma wtedy dużą mocą i otumania całe miasto.
Kończę jednak ten aromatyczny wątek, bo mam jeszcze kilka innych, równie smakowitych ciekawostek.
Hoteli w tamtym czasie było niewiele. Największy z nich, ale dosyć podły to Hotel Kaliningrad. Ponieważ stał w samym centrum miasta, usadowiły się w nim najróżniejsze instytucje, m.in. Konsulat Generalny RP z Konsulem Jerzym Bahrem, tym samym co to teraz jest abasadorem w Moskwie. Pamiętam byłem u niego w jakiejś drobnej sprawie. Pan Konsul rezydował wraz z sekretarką w dwóch maleńkich pokoikach. Wchodziło się do niego wprost z hotelowego korytarza, nikt wejścia nie bronił i nie ochraniał. Ech pionierskie to były czasy dla naszej szacownej dyplomacji! O braku luksusów w HK niech świadczy fakt, że niemieckie wycieczki omijały go szerokim łukiem, wybierając mniejsze, ale przynajmniej z pozoru wygodniejsze apartamenty. O jednym z takich luksusowych hotelików, stworzonym specjalnie dla Niemców chodziły słuchy, że owszem, owszem, nawet telewizor kolorowy jest w pokoju, ale za to z łazienką jest kłopot. bo tak ją niefortunnie zaprojektowano, że po wejściu do przybytku zamknięcie drzwi za sobą, było niemożliwe, aby to uczynić należało po prostu wejść do wanny. Oczywiści nie wierzyłem w te wierutne bzdury, dopóki sam tam nie spróbowałem tego luksusu, za całe 40 DM. Opowiastka okazała się ze wszech miar prawdziwa, jednak mocno przesadzona, trudność dotyczyła jedynie ludzi z większą tuszą, Szczuplejsze osobniki, z trudem bo z trudem, ale drzwi za sobą zamykały.
Prawdziwy miejski handel, odbywał się na centralnym bazarze usytuowanym w centrum, dla nas przybyszów z Polski jedyną atrakcją były tam wyroby spirytusowe, a zwłaszacza markowe ruskie wódy, Stoliczna, Priviet i chyba Moskiewska, w wielkich 1,75 litrowch butelkach z "ruczkoj" Cena tych specyfików była bardzo przystępna, a jako że w Obwodzie sprawnie działała wytwórnia tychże alkoholi, to i ryzyko sprzedaży oszukańczej rozlewanej w garażu było bardzo małe. Po prostu miejscowi załatwiacze, mieli non stop odkręcone fabryczne źródełko, jak to robili, a to już nie była nasza sprawa. Generalnie w państwowych sklepach spirytualia były niedostępne, a handel żywnością i napojami odbywał się w małych budkach wielkości naszych kiosków. Większość oferowanych towarów, stanowiły wyroby z Polski, tylko o wiele droższe niż u nas.
Powrót do kraju, oczywiście najkrótszą drogą, czyli przez Mamnowo, niestety był pewien problem, jako że wówczas, było to służbowe przejście graniczne zamykane na noc! O godzinie 17, pogranicznicy grabili pas ziemi niczyjej i zawierali wrota na kłódkę i do rana przejazdu nie było. Kto nie zdążył obracał na pięcie swoje auto i wracał na nocleg do Kaliningrada. Było co prawda drugie całodobowe przejście, ale daleko, bo na wysokości Bartoszyc, a stamtąd do Gdańska straszny szmat drogi, nieprzyjaźnie krętą szosą. Dlatego większość wolała kolejny nocleg w Obwodzie niż wieczorne peregrynacje przez Bagrationovsk/Bezledy- Bartoszyce. Jeździłem tam przeważnie raz w tygodni, a w pewnym momencie co tydzień na weekendy i muszę szczerze powiedzieć, że wracając do Kraju za każdym razem chciałem z radości całować Ziemię Ojczystą!!!
PS. Swoją drogą, biedny(?) Kant, horyzonty miał mocno ograniczone(w sensie geograficznym), bo na własne życzenie, ukochanego miasta nigdy nie opuścił i nic poza Królewcem nie widział! Niebo gwiażdziste nademną ...
Do miasta Kanta, na potęgę zaczęli zjeżdżać stęsknieni swego miasta, staruszkowie z Niemiec. Tabuny geriatrycznych autobusów atakowały dzień i noc granice Obłasti. Co prawda z dawnej świetności miasta nie pozostało już nic, bo po wkroczeniu w 1945 r., hordy sowieckich azjatów, w mieście nie ostał sie kamień na kamieniu. Nawet pieknej urody Katedra z grobowcem Kanta, czerwieniała się od tej pory zdruzgotaną, ceglaną ruiną. Co prawda sam grób filozofa ocalał, ale dookoła panoszyły się ponure zgliszcza. W sowieckich czasach, obok ruin katedry, nad brzegami Pregoły, bolszewicy próbowali postawić antidotum na katedrę, czyli potężny dom partii, jednak opatrzność czuwała nad ruinami pobliskiej świątyni i monumentalne gmaszysko, choć wystrzeliło w górę, jednak nigdy nie ożyło, coś poszło nie tak i budynek pozostał na zawsze pusty, do końca strasząc swoim ogromem i martwymi oczodołami tysięcy okien. Miejscowi mówili, że to prawdziwy pomnik Sowieckiego Sojuza. W tamtym czasie szerokie ulice miasta zabudowane socjalistycznymi pudełkami prefabrykatowych domów, sprawiały mocno przygnębiające wrażenie, a wszystko wokoło było szaro bure i obrzydliwie obdarte. Na głównych arteriach drogowych zdarzały się dziury większe od naszych polskich. Niedaleko centrum, najsłynniejsza była wtedy, wielka otchłań drogowa, która zakryłaby z powodzeniem zaporożca wraz z dachem. Oczywiście wszyscy miejscowi kierowcy znali tę pułapkę i najspokojniej w świecie omijali ją szerokim łukiem. Gorzej było z przyjezdnymi, bo dziury jakoś nikt nie oznakował. Na głównym palacu miasta, stał, a jakże Lenin. Atrakcją postumentu był Wzwód Wodza! Przy odpowienio dobranym kącie patrzenia, postać Wielkiego Ulianowa i jego odstający kciuk, sprawiały wrażenie rewolucyjnego podniecenia Włodzimierza!
Miejskie sklepy, wielkie socjalistyczne, a w środku pusto, towaru niet i tylko smród hulał po półkach. Szczególnie nieprzyjemnie było w potężnie kubaturowch delikatesach rybnych, a było ich kilka. Jeszcze przed wejściem atakował klienta specyficzny zapach, rozkładających się ryb połączony z perfumą zepsutego mleka, takich perwersji zapachowych już więcej nigdzie nie doświadczyłem. W owych rybnych magazynach ludzie stali w długich ogonkach kupujac okropnie zasuszone ryby i mleko oraz wyroby mleczne.
Mam bardzo wyczulone powonienie, więc tam łatwo nie było, pewna bliżej nie określona "perfuma" atakował mnie prawie wszędzie. Długo nie mogłem dojść, co jest na rzeczy? Po jakimś czasie odkryłem! W całych Sowietach (nie tylko zresztą u nich, to samo jest w Bułgarii i np. w Grecji)instalacje sanitarne są projetowane według innej normy, ich rury kanalizacyjne mają mniejszą średnicę i w związku z tym bardzo łatwo się zapychają. Dlatego zużytego papieru toaletowego nie wolno wrzucać do muszli, ale do śmietnika obok! Proszę sobie teraz uzmysłowić, gorące lato, wszystkie okna pootwierane, a opróżnianie przepełnionych koszy odbywa się raz na dzień, albo jeszcze rzadziej! Zapachowa feria ma wtedy dużą mocą i otumania całe miasto.
Kończę jednak ten aromatyczny wątek, bo mam jeszcze kilka innych, równie smakowitych ciekawostek.
Hoteli w tamtym czasie było niewiele. Największy z nich, ale dosyć podły to Hotel Kaliningrad. Ponieważ stał w samym centrum miasta, usadowiły się w nim najróżniejsze instytucje, m.in. Konsulat Generalny RP z Konsulem Jerzym Bahrem, tym samym co to teraz jest abasadorem w Moskwie. Pamiętam byłem u niego w jakiejś drobnej sprawie. Pan Konsul rezydował wraz z sekretarką w dwóch maleńkich pokoikach. Wchodziło się do niego wprost z hotelowego korytarza, nikt wejścia nie bronił i nie ochraniał. Ech pionierskie to były czasy dla naszej szacownej dyplomacji! O braku luksusów w HK niech świadczy fakt, że niemieckie wycieczki omijały go szerokim łukiem, wybierając mniejsze, ale przynajmniej z pozoru wygodniejsze apartamenty. O jednym z takich luksusowych hotelików, stworzonym specjalnie dla Niemców chodziły słuchy, że owszem, owszem, nawet telewizor kolorowy jest w pokoju, ale za to z łazienką jest kłopot. bo tak ją niefortunnie zaprojektowano, że po wejściu do przybytku zamknięcie drzwi za sobą, było niemożliwe, aby to uczynić należało po prostu wejść do wanny. Oczywiści nie wierzyłem w te wierutne bzdury, dopóki sam tam nie spróbowałem tego luksusu, za całe 40 DM. Opowiastka okazała się ze wszech miar prawdziwa, jednak mocno przesadzona, trudność dotyczyła jedynie ludzi z większą tuszą, Szczuplejsze osobniki, z trudem bo z trudem, ale drzwi za sobą zamykały.
Prawdziwy miejski handel, odbywał się na centralnym bazarze usytuowanym w centrum, dla nas przybyszów z Polski jedyną atrakcją były tam wyroby spirytusowe, a zwłaszacza markowe ruskie wódy, Stoliczna, Priviet i chyba Moskiewska, w wielkich 1,75 litrowch butelkach z "ruczkoj" Cena tych specyfików była bardzo przystępna, a jako że w Obwodzie sprawnie działała wytwórnia tychże alkoholi, to i ryzyko sprzedaży oszukańczej rozlewanej w garażu było bardzo małe. Po prostu miejscowi załatwiacze, mieli non stop odkręcone fabryczne źródełko, jak to robili, a to już nie była nasza sprawa. Generalnie w państwowych sklepach spirytualia były niedostępne, a handel żywnością i napojami odbywał się w małych budkach wielkości naszych kiosków. Większość oferowanych towarów, stanowiły wyroby z Polski, tylko o wiele droższe niż u nas.
Powrót do kraju, oczywiście najkrótszą drogą, czyli przez Mamnowo, niestety był pewien problem, jako że wówczas, było to służbowe przejście graniczne zamykane na noc! O godzinie 17, pogranicznicy grabili pas ziemi niczyjej i zawierali wrota na kłódkę i do rana przejazdu nie było. Kto nie zdążył obracał na pięcie swoje auto i wracał na nocleg do Kaliningrada. Było co prawda drugie całodobowe przejście, ale daleko, bo na wysokości Bartoszyc, a stamtąd do Gdańska straszny szmat drogi, nieprzyjaźnie krętą szosą. Dlatego większość wolała kolejny nocleg w Obwodzie niż wieczorne peregrynacje przez Bagrationovsk/Bezledy- Bartoszyce. Jeździłem tam przeważnie raz w tygodni, a w pewnym momencie co tydzień na weekendy i muszę szczerze powiedzieć, że wracając do Kraju za każdym razem chciałem z radości całować Ziemię Ojczystą!!!
PS. Swoją drogą, biedny(?) Kant, horyzonty miał mocno ograniczone(w sensie geograficznym), bo na własne życzenie, ukochanego miasta nigdy nie opuścił i nic poza Królewcem nie widział! Niebo gwiażdziste nademną ...
| Kolejka na granicy, Braniewo/Mamonowo |
| Dom Sowieta, nigdy nie wykończony, zapadał się w nadrzecznym bagnie |
| Przed Hotelem Kaliningrad |
| Tu powstaje Bank |
| Czasy przedkomórkowe, rozmowa markowana:-) |
środa, 29 stycznia 2014
Beksińscy
Tak całkiem bez związku, ale jednak coś jest na rzeczy. Syn, dobry tłumacz i populyzator płyt. Tatuś ciemny malarz odstraszających i mrocznych dzieł. Młody powiedział na antenie, że się zabije i zrobił to, a Tatę parę lat później sąsiad zaszlachtował. Czy jest w tym coś szatańskiego, cholera chyba tak. Synek zabił się w Wigilię!
Koniec Facebooka i Twittera już bliski
Portale społecznościowe, dwa najpopularniejsze Facebook i Twitter. Miliony użytkowników, lubię, komentuję, zamieszczam. Dzieje sie wiele, najważniejszy jest ruch w sieci, ciągła wymiana, kolekcje lajków, tabuny przyjaciół. Jak długo to jeszczcze potrwa? Ha, ha, ha już niedługo. Sieć kocha zmiany! Kto dokona zamachu, nie wiadomo?! Jednak już nad tym pracują w zaciszu wrogich monitorów, już sie czają do skoku! Kiedy upadek będzie widoczny, najdalej za rok. Face i Twitt oczywiście nie upadną, ale staczać się zaczną po równi pochyłej. Pozostaną gdzieś na obrzeżach internetu, jako sentymentalne wspomnienie dla emocjonalnych emerytów. Na polskim rynku, tak stało sie z Naszą Klasą, już dzisiaj nic ten portal nie znaczy, ale jednak istnieje. Sam jestem sentymentalnym Klasowiczem, bo byłem jednym z pierwszych zapisujących się. Co nowego zaproponują następcy, nie wiem, ale jedno jest pewne, zapiszę się tam z ochotą.
PS. Na "mym stanie" pozostał Instagram, jako swoista kronika - fotoalbum.
wtorek, 28 stycznia 2014
Obmierzły typ
Tomasz Lis, marny dziennikarz któremu w TVP podano rękę. Jego książki i teksty są poniżej krytyki, ale funkcjonuje na Salonach. Bredniacki kołtun, całkowice bez polotu. Ja go oglądać i czytać nie mogę. Ma oglądalność, ale chyba tylko z tego tytułu że nadaje w dobrej godzinie oglądalności! Symptomatyczne, że do programu zaprasza tylko "salonowców", a jeśli ktoś spoza sekty, to w mniejszości.
Hamburg za Żelazną Bramą - dwadzieścia lat później
Hamburg po raz pierwszy zobaczyłem w maju 1993 r. Wyjazd był służbowy i trochę dalszy, więc miasto zwiedzałem przejazdem i bardzo w pigułce. Cóż było wtedy największą atrakcją grodu nad Łabą, oczywiście portowa dzielnica Sankt Pauli. Czasu nie było zbyt wiele, a obchód sex kwartałów odbywał się rankiem. Pora najgorsza z możliwych, na głównym trotuarze i w bocznych zakamarkach, chyłkiem przemykały sine, wymięte życiem typy. Tu i ówdzie walały się jeszcze pamiątki nocnych igraszek, obrzygany narkoman, śpiący w kącie obdartus czy mocno skacowany i wysuszony pijak. Przy wejściu do barów i sexshopów śmierdziało przetrawioną wódą, marnym tytoniem i... spermą. Ten niesmaczny obrazek pozostał na długo w mojej pamięci, a panujące tam smrody, pamiętam do dziś. Za to, w zaułku za Żelazną Bramą, panował perfekcyjny ład i porządek. Miło, schludnie i kameralnie, co prawda okna wystawowe świeciły pustkami, ale po niemiłej atmosferze na zewnątrz, ten kwartał jawił się jako dzielnica spokojnego luksusu. W drodze powrotnej,
w samym środku dzielnicy minęliśmy jeszcze kościół, gdzie podobno skruszeni grzesznicy odbywają pokutę, nie mogę tego potwierdzić, bo na zwiedzanie świątyni zabrakło już czasu. Potem jeszcze przejście obok charakterysycznego posterunku policji i stojących obok zielonych radiowozów, na tym koniec zwiedzania, jedziemy dalej, robota czeka!
Hamburg miasto portowe i z dawna hanzeatyckie, nie bez kozery, na pamiątkę tego Związku, tablice rejestracyjne tutejszych aut zaczynają się dwoma literami H. HH, czyli Hansestadt Hamburg. Nie tylko zresztą tutaj, z nadmorskich miast związkowych, pamiątkowe H, mają na swych tablicach równeż auta z Bremy - HB i Lubeki - HL. Pozwolę sobie przypomnieć, że do tego ekskluzywnie starodawnego Związku Handlowego należał również Gdańsk, jednak szczęśliwym zrządzeniem losu na naszych rejestracjach nie musimy umieszczać literek HD. I dzięki Bogu!
Drugi mój pobyt, zdarzył się bardzo przypadkowo, ale już całkiem prywatnie, w maju ubiegłego roku(2013). Pogoda była pięknie wiosenna, ptaki śpiewały, jabłonie kwitły, drzewa buchały świeżością zieleni, a do weekendowego lenistwa skutecznie nastrajała słoneczna sobota. Późny poranek na obrzeżach miasta, wychodzimy na zwiedzanie, oprowadzać nas będą, rodowity hamburczyk Rainer i jego piękna żona Elizabeth. Oboje zakochani i radośnie dumni ze swego miasta. Wsiadamy do S-Bahn, potem przesiadka na U-Bahn, jeszcze raz S-Bahn i U-Bahn, no i dojechaliśmy na dworzec główny. Przyznam, że Hauptbahnfof oglądałem już dwadzieścia lat temu, dworzec jak dworzec, jaki był takim pozostał.
Zwiedzanie zaczynamy od kwartałów dawnego portu, przechadzając się obok byłych magazynów i nadbrzeżnych spichlerzy. Potężne budowle z czerwonej cegły usytuowane tuż nad kanałami, przepięknie i ze smakiem przerobiono na biura, hotele i centra konferencyjne. Wszystko gustownie i sensownie rozplanowane, wśród sieci starych portowych kanałów, poprzecinanych kładkami stałych i zwodzonych mostów. Na paterach kafejki, kanjpki, restauracje.Na deptakach, kolorowy tłum, w większości słychać niemiecki, ale to przecież jeszce nie turystyczny sezon. Nad całością dzielnicy i Łabą, góruje przeszklona wieża Filharmonii. Lśniący wieżowiec (110 m)ustawiony na zwieńczeniu portowego spichlerza, robi duże wrażenie. Jest to chyba najwyższy budynek tej dzielnicy. Nowa nazwa tego portowego kwartału, to HafenCity. Z HC stateczkiem płyniemy na stare St. Pauli. Tam zanurzamy się w podziemne zakamarki, wielkiej atrakcji technicznej Hamburga.
Tunel drogowy pod Łabą, wydrążony na poczatku XX w., łączący dwa brzegi miasta. Otwierał go uroczyście w 1911 r. sam Cesarz Wilhelm.
Nad panoramą miasta oprócz Filharmonii i wież kilku kościołów majaczy monumentalny pomnik Żelaznego Kanclerza, Otto von Bismarcka. Odsłonięty w 1906 roku ponad 34 metrowy monument usytuowny jest na wzgórzu Elbhohe. Niedaleko pomnika, przy Paula Karpinski Platz, od wielu już lat doskonale prosperuje schronisko młodzieżowe, jak mówią hamburczycy, jest to najtańszy w mieście hotel z najlepszym widokiem na miasto.
Powróćmy jednak do głównego celu wycieczki, czyli słynnego deptaku St. Pauli. Wchodzimy tam tą samą drogą, którą pokonywałem dwadzieścia lat temu. Cóż dzisiaj zostało z tamtej smrodliwo burdelowej atomosfery? Nic, komletnie nic! Co prawda komisariat stoi jak stał, tylko kolory aut policyjnych inne, niebieskie, ale wszystko co nas otacza jest nie do poznania! Tam gdzie kiedyś straszyły śmierdzące porno kina, i obsmarkane sex shopy, tętnią życiem bary, restauracje i kawiarniane ogródki, a vis a vis na dużym placu obok komisariatu stoi duża scena na której akurat odbywa się koncert. Oczywiście dekadencka atomosfera dzielnicy została zachowana, porno kina i sexshopy jak były tak są, kolorowe typki kręcą się po ulicach, ale to wszystko już w innym mocno eleganckim wydaniu. Zjedliśmy odbiad, obejrzeli występy, jeszcze tylko odwiedziny w ekskluzywnym sexshopie i dalej jazda, tajemnice Żelaznej Bramy czekają.
W końcu Żelazna Ściana, trzeba przyznać, że tam świat się zatrzymał, wszystko pozostało bez zmian, tylko panienek na wystawach jakby trochę więcej, niż rankiem, dwadzieścia lat temu.
Spacer kończymy w barze, na ostatnim piętrze sąsiadującego z Bramą, wysokiego hotelu, którego większościową kientelę stanowią amatorzy widoków, a nie koneserzy koszmarnie drogich drinków.
W drodze powrotnej była jeszcze przybrzeżna, piaszczysta plażo- knajpa, ze sztucznymi palmami i leżakami, taka namiastka tropików w majowym kolorycie Hamburga. Tłoczno w niej było i młodzieżowo, a my wiekowo, robiliśmy tam za dinozaury.
Podsumowując, z perspektywy pobieżnego turysty, mogę zaświadczyć, że miasto w ciągu tych ostatnich dwóch dekad rozkwitło i jest naprawdę piękne!Jako rodowity mieszkaniec innego portowego miasta, najbardziej imponuje mi sensownie -eleganckie, zagospodarowanie slamsów dawnego portu. Widać w tym dobrych architektów, ale i wielkie pieniądze, na które niestety nie wszystkie kraje i miasta stać. Warto jednak równać do najlepszych, a to co stworzyli w Hamburgu jest naprawdę godne najwyższego uznania i mądrego naśladowania!
Hamburg miasto portowe i z dawna hanzeatyckie, nie bez kozery, na pamiątkę tego Związku, tablice rejestracyjne tutejszych aut zaczynają się dwoma literami H. HH, czyli Hansestadt Hamburg. Nie tylko zresztą tutaj, z nadmorskich miast związkowych, pamiątkowe H, mają na swych tablicach równeż auta z Bremy - HB i Lubeki - HL. Pozwolę sobie przypomnieć, że do tego ekskluzywnie starodawnego Związku Handlowego należał również Gdańsk, jednak szczęśliwym zrządzeniem losu na naszych rejestracjach nie musimy umieszczać literek HD. I dzięki Bogu!
Drugi mój pobyt, zdarzył się bardzo przypadkowo, ale już całkiem prywatnie, w maju ubiegłego roku(2013). Pogoda była pięknie wiosenna, ptaki śpiewały, jabłonie kwitły, drzewa buchały świeżością zieleni, a do weekendowego lenistwa skutecznie nastrajała słoneczna sobota. Późny poranek na obrzeżach miasta, wychodzimy na zwiedzanie, oprowadzać nas będą, rodowity hamburczyk Rainer i jego piękna żona Elizabeth. Oboje zakochani i radośnie dumni ze swego miasta. Wsiadamy do S-Bahn, potem przesiadka na U-Bahn, jeszcze raz S-Bahn i U-Bahn, no i dojechaliśmy na dworzec główny. Przyznam, że Hauptbahnfof oglądałem już dwadzieścia lat temu, dworzec jak dworzec, jaki był takim pozostał.
Zwiedzanie zaczynamy od kwartałów dawnego portu, przechadzając się obok byłych magazynów i nadbrzeżnych spichlerzy. Potężne budowle z czerwonej cegły usytuowane tuż nad kanałami, przepięknie i ze smakiem przerobiono na biura, hotele i centra konferencyjne. Wszystko gustownie i sensownie rozplanowane, wśród sieci starych portowych kanałów, poprzecinanych kładkami stałych i zwodzonych mostów. Na paterach kafejki, kanjpki, restauracje.Na deptakach, kolorowy tłum, w większości słychać niemiecki, ale to przecież jeszce nie turystyczny sezon. Nad całością dzielnicy i Łabą, góruje przeszklona wieża Filharmonii. Lśniący wieżowiec (110 m)ustawiony na zwieńczeniu portowego spichlerza, robi duże wrażenie. Jest to chyba najwyższy budynek tej dzielnicy. Nowa nazwa tego portowego kwartału, to HafenCity. Z HC stateczkiem płyniemy na stare St. Pauli. Tam zanurzamy się w podziemne zakamarki, wielkiej atrakcji technicznej Hamburga.
Tunel drogowy pod Łabą, wydrążony na poczatku XX w., łączący dwa brzegi miasta. Otwierał go uroczyście w 1911 r. sam Cesarz Wilhelm.
Nad panoramą miasta oprócz Filharmonii i wież kilku kościołów majaczy monumentalny pomnik Żelaznego Kanclerza, Otto von Bismarcka. Odsłonięty w 1906 roku ponad 34 metrowy monument usytuowny jest na wzgórzu Elbhohe. Niedaleko pomnika, przy Paula Karpinski Platz, od wielu już lat doskonale prosperuje schronisko młodzieżowe, jak mówią hamburczycy, jest to najtańszy w mieście hotel z najlepszym widokiem na miasto.
Powróćmy jednak do głównego celu wycieczki, czyli słynnego deptaku St. Pauli. Wchodzimy tam tą samą drogą, którą pokonywałem dwadzieścia lat temu. Cóż dzisiaj zostało z tamtej smrodliwo burdelowej atomosfery? Nic, komletnie nic! Co prawda komisariat stoi jak stał, tylko kolory aut policyjnych inne, niebieskie, ale wszystko co nas otacza jest nie do poznania! Tam gdzie kiedyś straszyły śmierdzące porno kina, i obsmarkane sex shopy, tętnią życiem bary, restauracje i kawiarniane ogródki, a vis a vis na dużym placu obok komisariatu stoi duża scena na której akurat odbywa się koncert. Oczywiście dekadencka atomosfera dzielnicy została zachowana, porno kina i sexshopy jak były tak są, kolorowe typki kręcą się po ulicach, ale to wszystko już w innym mocno eleganckim wydaniu. Zjedliśmy odbiad, obejrzeli występy, jeszcze tylko odwiedziny w ekskluzywnym sexshopie i dalej jazda, tajemnice Żelaznej Bramy czekają.
W końcu Żelazna Ściana, trzeba przyznać, że tam świat się zatrzymał, wszystko pozostało bez zmian, tylko panienek na wystawach jakby trochę więcej, niż rankiem, dwadzieścia lat temu.
Spacer kończymy w barze, na ostatnim piętrze sąsiadującego z Bramą, wysokiego hotelu, którego większościową kientelę stanowią amatorzy widoków, a nie koneserzy koszmarnie drogich drinków.
W drodze powrotnej była jeszcze przybrzeżna, piaszczysta plażo- knajpa, ze sztucznymi palmami i leżakami, taka namiastka tropików w majowym kolorycie Hamburga. Tłoczno w niej było i młodzieżowo, a my wiekowo, robiliśmy tam za dinozaury.
Podsumowując, z perspektywy pobieżnego turysty, mogę zaświadczyć, że miasto w ciągu tych ostatnich dwóch dekad rozkwitło i jest naprawdę piękne!Jako rodowity mieszkaniec innego portowego miasta, najbardziej imponuje mi sensownie -eleganckie, zagospodarowanie slamsów dawnego portu. Widać w tym dobrych architektów, ale i wielkie pieniądze, na które niestety nie wszystkie kraje i miasta stać. Warto jednak równać do najlepszych, a to co stworzyli w Hamburgu jest naprawdę godne najwyższego uznania i mądrego naśladowania!
| Hafen City |
| Żelazna Brama |
| Knajpo - plaża |
| Wiosna Panie Sierżancie! |
| Przystanek St. Pauli |
| St. Pauli |
| Od lewej Mariola, Antoni, Rainer, Elizabeth z Córką |
| Schornisko młodzieżowe w najbardziej atrakcyjnym wzgórzu Hamburga |
| Widok z okolic Schroniska, wieża i zabudowa, to tam wchodzi sie do tunelu pod Łabą |
| Otto von Bismarck |
| Otto von Bismarcka |
| Gmach Opery |
| HafenCity |
| Elizabeth i Antoni |
| Stare bloki przerobione na biura |
| Dawne spichlerze i magazyny portowe po rewitalizacji |
| Pieknie |
| Hamburska tamporetka |
| Piknie |
| Opera jeszcze w budowie |
| Słynny tunel pod Łabą |
| Opera widziana z drugiej strony Łaby |
PS. Dodatek specjalny, Hamburg w maju 1993, właśnie zeskanowałem stare klisze(2 marca 2026) i zamieszczam, uzupełniając fotorelację.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)