W dniu przyjazdu, odbieram klucze do mieszkania, miejscowy Francuz mówi, tylko nie próbuj samochodowych wycieczek do Saint Tropez, bo straszne korki na drodze. Mówię ok, ale swoje wiem. Ja, wychowany na Żandarmie z Saint Tropez, miałbym nie odwiedzić ŻANDARMERII!!!
Nie wchodzi w rachubę!!!
W połowie pobytu, czyli po tygodniu, ok. 12 w południe wyjeżdżamy autem, do celu, od nas jest ok. 60 km, więc śmiesznie blisko. Jeśli nawet korki to jakoś przeżyjemy.
Pierwsze 30 km, pięknie, malownicza droga wzdłuż morza, widoczki słodkie i relaksujące, żadnych korków.
Jednak Francuzi to świnie, myślę sobie, ani śladu korka, a ten ostrzegający Żabojad był po prostu wielce złośliwy. Nie dokończyłem myśli, a na horyzoncie pojawia się, pojawia się i jest coraz bliżej, jakby wystrzelony z butelki szampana, ogromny sięgający horyzontu BUCHON!!!
Ludzie co się stało, rzut oka na mapę w tym miejscu schodzą się dwie drogi, ta nasza nadbrzeżna i zjazdowa z autostrady! Do Saint Tropez zostało jeszcze tylko 30 km. Jednak korek jest nieubłagany, w karnym sznurku stoją autka i te zagraniczne i te francuskie. Jedyny wyjątek, stanowią strażacy, co i rusz obok nas śmiga z wdziękiem i na sygnale, kolejny czerwony samochód pompiarzy. Tak było proszę Państwa, te marne 30 km, przyszło nam przebyć w tempie marszowym piechura. U celu podróży, przy Żandarmerii Saint Tropez, byliśmy o godz. 17 (czyli w 4,5 godziny)!!! Zapyta ktoś, może trzeba było wybrać inną trasę. Nic z tego, droga którą jechaliśmy jest jedyna. Kurort leży na cyplu, podobnie jak nasz Hel.
Normalni, myślący turyści podróżują do Saint Tropez statkiem. Autami dojeżdżają tam tylko ci dla których jest to cel, przynajmniej kilkudniowego pobytu.
Powiem jednak uczciwie, nie żałuję, GENDARMERIE dotknięta i obfotografowana, a o to w tej eskapadzie chodziło.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz